Słowo „rycerz” pochodzi od niem. Ritter, które oznacza jeźdźca. Czyli jest to ktoś, kto kieruje swoim koniem i komu ten koń jest posłuszny. Rycerzy nazywano również konnymi wojownikami. To oznacza, że kolejną umiejętnością rycerza jest walka.

„Wzorcem pierwotnym idealnego rycerza była postać dzielnego wojownika, walczącego dla sławy, hojnego, bezwarunkowo wiernego podjętym zobowiązaniom; pod wpływem Kościoła katolickiego, który starał się narzucić formującemu się rycerstwu zasady współżycia chrześcijańskiego, zakres obowiązków rycerza został poszerzony o zapewnianie obrony i opieki kobietom, duchownym, pielgrzymom, sierotom i najuboższym, poszanowanie dla świątyń chrześcijańskich, walkę z wrogami Kościoła i w obronie wiary.” (za Encyklopedią PWN). 

Zastanawiałam się nad przełożeniem tych zasad na realia życia naszych współczesnych rycerzy. Wydaje się, że do stanu rycerskiego w tym momencie można zaliczyć prawdziwe matki i prawdziwych ojców.

Matka to ta, która daje poczucie bezpieczeństwa. To oznacza, że jest z nami także w najtrudniejszych momentach życia. To są właśnie takie momenty, w których potrzebujemy oparcia, pomocy, spojrzenia współczujących oczu...

Ojciec to ten, który uczy, jak pokonuje się przeszkody, jak mądrze stawiać granice, uczy szacunku, roztacza opiekę nad słabszymi. Troszczy się o swoją rodzinę i środowisko, w którym przebywa, o byt materialny rodziny...

Naturalnie, nie chodzi tutaj tylko o bycie ojcem i matką w sensie biologicznym. Rodzicielstwo biologiczne jest bardzo dobrym wzorcem do tego, aby określić ojcostwo i macierzyństwo potrzebne w społecznościach, w których żyjemy. Także rodzicielstwo na poziomie duchowym.

Co w takim razie może nam pomóc w kreowaniu własnego wizerunku rodzica? Nie jest łatwo spełniać dzisiaj te zadania i nie ulegać własnym słabościom, tłumacząc sobie, że w zasadzie standardy postępowania teraz są tak szerokie, że możemy troszkę sobie odpuścić. Cała sztuka tkwi właśnie w tych słowach: „troszkę sobie odpuścić”. Jest to znakomity i niezawodny klucz do pracy nad sobą.

Zauważyłam, że jeśli jakaś sprawa wydaje mi się trudna do załatwienia i zaczynają mi chodzić po głowie słowa: „troszkę sobie odpuścić”, to muszę zrobić coś, co będzie mnie trzymało w ryzach. Coś, co będzie mi przypominało, że muszę trzymać się pionu, a niekoniecznie tego, co jest dla mnie wygodne w danym momencie. Po prostu, sytuacja wymaga ode mnie, by skupić się na celu.

Dla mnie osobiście tym sposobem jest założenie butów na wysokich obcasach. Zwykle chodzę na płaskim obcasie, gdy więc zakładam szpilki, uważniej stawiam kroki, automatycznie zaczynam też dbać o to, by sylwetka była wyprostowana - zresztą, kręgosłup sam się prostuje, aby utrzymać równowagę. Cały dyskomfort, który się pojawia podczas chodzenia, jednocześnie daje mi satysfakcję, że zdecydowanie lepiej się prezentuję. Przy tym obrocie sprawy, to „troszkę sobie odpuścić” zostało przekierowane na trzymanie dobrej sylwetki, a dobre samopoczucie spowodowało, że te małe trudności zdecydowanie zaczęły wydawać się w tym momencie możliwe do pokonania.

I tak, metodą małych kroczków, każdy z nas może sobie znaleźć swój klucz do: „troszkę sobie odpuścić”. Co jesteś w stanie znieść w swoim zewnętrznym wizerunku, co jednocześnie sprawi, że poczujesz się lepiej?

I jeszcze jedna ważna sprawa. Kiedy już odkryjesz, co to jest, potrzeba, aby Twój mózg to zapamiętał. A zapamięta, jeśli to się stanie Twoim nawykiem. Nawyk zaś to "nabyta skłonność do sprawniejszego, bardziej mechanicznego wykonywania jakieś czynności” (za Słownikiem języka polskiego PWN). Badania wykazują, że nasz mózg zapamiętuje jakąś czynność, jeśli powtarzamy ją przez 21- 28 dni.

Czyli w zasadzie, abym trzymała się w pionie i nie odpuszczała, powinnam załatwiać swoje sprawy na wysokich obcasach przez najbliższe 21-28 dni. Potem zapamiętam i jeśli znowu będzie mi chodziło po głowie, by „troszkę sobie odpuścić”, to bez względu na porę roku założę obcasy i zrobię to, co do mnie należy.